Policja od dzieci
W berlińskiej podstawówce Magda wpadła w złe towarzystwo: papierosy, alkohol, narkotyki. - Narkotyków nie brałam – protestuje. W szkole obrywała od koleżanek. W ósmej klasie zaczęła oddawać. - Mam kraft, więc co drugi dzień wzywano policję. Umieszczono ją w szpitalu psychiatrycznym, skąd uciekła po ośmiu miesiącach wegetacji. -Może lepiej, gdybym chodziła do szkoły w Polsce? – zastanawia się głośno. W Berlinie obrywała za polski? – Gdzie tam. Byłam gruba i słabo się uczyłam. Zresztą biły mnie głównie Turczynki.
Mama Magdy przyjechała do Niemiec w 1989 roku. Za marzeniami. Tu wyszła za mąż za Polaka, urodziła córkę i przez pół roku pracowała w Rossmanie. Teraz jest rozwiedziona, na zasiłku i bezskutecznie szuka pracy. - Popełniłam wiele błędów wychowawczych. – Nadal płacze, kiedy mówi o problemach 17-letniej córki - Ale nikt mi dziecka nawet nie próbował odbierać. Magda sama zgłosiła się do Jugendamtu.
Niemieckie urzędy ds. dzieci i młodzieży mają u nas fatalną sławę. Zaraz obok Eryki Steinbach, ich działalność wzbudza silne narodowe emocje. Głośno było o rodzicach, którzy wytoczyli przeciwko urzędowi najcięższe armaty. Polskie stowarzyszenie Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci zarzuca Republice Federalnej germanizację dzieci, przymusową integrację i nazistowskie praktyki. Dowodem diabolicznych intencji Niemców są zakazy używania ojczystego języka podczas rozmów nadzorowanych z dziećmi i bezpodstawne odbieranie praw rodzicielskich. Do Parlamentu Europejskiego wpłynęło blisko dwieście skarg na niemiecką „policję od dzieci”. Nie tylko zresztą od rodziców polskich. W styczniu zeszłego roku sąd krajowy w Hamburgu odrzucił pozew Wojciecha Pomorskiego, który oskarżył miasto oraz miejscowy urząd ds. dzieci i młodzieży o dyskryminację ze względu na przynależność narodową.
Trójkąt rodzinny
Pani Małgosia przestraszyła się, kiedy do drzwi zapukał urzędnik, przyznaje. Jugendamt brzmi groźnie. Według opinii przedszkola, jej córka miała problemy z mówieniem i nie odpowiadała na pytania.
U pani Doroty urzędnik zjawił się z powodu donosu znajomej, która podejrzewała jej męża o pedofilię. -Nic z tych rzeczy. Miał inne wady, ale akurat nie tę. –zaprzecza. Dodoaje, że nie raz spotkała się z dyskryminacją w Niemczech. - W Arbeitsamcie powiedziano mi, że nie powinnam samowolnie wypowiadać mieszkania. Wyczułam, że to dlatego, że jestem Polką.
Ale o Jugendamtach obie będą mówić dobrze.
Właściwie nie ma ich do czego porównać. Taka instytucja w Polsce nie istnieje. Nasz rzecznik praw dziecka, ostatnio wzmocniony, jest słabszy od każdego niemieckiego urzędu zajmującego się dziećmi. Ustawa, na mocy której Jugendamty działają rzeczywiście sięga czasów III Rzeszy, choć pierwsze urzędy powstały wcześniej, a naziści tylko dostosowali je do swoich celów. Jednak do dzisiaj organy państwa niemieckiego są zobowiązane do interwencji w sytuacji, kiedy istnieje jakiekolwiek podejrzenie, że dziecku dzieje się krzywda –i krytyków tej prerogatywy jest bardzo niewielu. - Są to resztki z ustawy o policji – potwierdza profesor Helga Oberloskamp z Wyższej Szkoły w Kolonii. - Stroną w sporze jest urząd i żaden obywatel nie może się temu przeciwstawić.
W zeszłym roku dzielnicowy urząd ds. dzieci i młodzieży w berlińskiej dzielnicy Mitte interweniował 1275 razy, z czego dwieście zgłoszeń zakończyło się odebraniem dziecka. W prawie 85 proc. interwencji rodzice sami dochodzili do wniosku, że potrzebują wsparcia i zgadzali się na proponowaną pomoc. Andreas Hampe-Grosser, kierownik działu ds. wychowania, ochrony dzieci i poradnictwa zawodowego dla młodzieży w tym dzielnicowym urzędzie, broni swojej misji. -Niemiecka prasa błędnie przedstawia naszą rolę. „Jugendamt zabrał dziecko”, „Jugendamt nie dopilnował”… My nie zabieramy rodzicom dzieci. To skomplikowany proces, do którego potrzebna jest decyzja sądu – odpiera zarzuty.
Na każdy telefon trzeba zareagować i zrobić rozpoznanie. Czasem na pierwszy rzut oka wiadomo, że dziecko jest głodne i bite. Najczęściej jednak do urzędu dzwoni szkoła, bo chodzi o wagarowanie. W ocenie sytuacji dziecka urzędnik nie ma żadnej dowolności. Diagnozę stawia na podstawie szczegółowych pytań zawartych w kilkudziesięciostronicowym formularzu. Solidnie i po niemiecku. I mimo, że w ogromnej ilości przypadków sytuacja nie jest krytyczna, urząd zwołuje spotkanie. Przy stole siada matka, ojciec, dziecko i urzędnik państwowy. Wspólnie ustalają plan pomocy i spisują umowę, w której zawarte są cele do osiągnięcia. „Chcemy wstawać rano i wysyłać dziecko do szkoły. Odremontujemy mieszkanie i zgłosimy się do poradnictwa dla dłużników. Zaczniemy uczyć się niemieckiego, żeby dogadać się z nauczycielami. Podpisano: rodzice”.
Kulturowy karambol
Pani Małgosia mieszka w Niemczech od 1996 roku. Mąż jest Polakiem z niemieckim obywatelstwem. On ma rentę, ona Hartz IV (zasiłek dla bezrobotnych), trzy córki dostają Kindergeld (zasiłek na dziecko), a cała rodzina pomoc wychowawczą i integracyjną. Ten ostatni rachunek płaci Jugendamt. Dzięki wsparciu urzędu rodzinie udało się zamienić zapleśniałe mieszkanie i uchronić średnią córkę przed szkołą dla ciężko upośledzonych dzieci. Urzędnicy nigdy nie interesowali się, w jakim języku rozmawiają w domu.
W 2009 r. berlińskie urzędy ds. dzieci i młodzieży wydały w sumie 400 mln euro na różne formy pomocy rodzinom: terapie rodzinne, psychoterapie, pobyty w placówkach dziennych i stacjonarnych, kształcenie zawodowe. W Berlinie-Mitte kasa idzie głównie na rodziny imigranckie, bo blisko 70 proc. mieszkańców dzielnicy to przyjezdni. Z badań przeprowadzonych tu w 2008 r. wynika, że 48,8 proc. dzieci w wieku przedszkolnym nie zna niemieckiego na wystarczającym poziomie, by rozpocząć naukę w pierwszej klasie. Nie wszystkie rodziny są na socjalu, ale większość ledwie wiąże koniec z końcem. Ponad 60 proc. mieszkańców zwolnionych jest z obowiązku płacenia za podręczniki szkolne, a w niektórych rejonach bezrobocie sięga 16 proc. Doskonały grunt pod rodzinne problemy. Kłótnie, rozwody, długi, nieznajomość języka. A to i tak dobry wynik w porównaniu z rekordzistą w tej kategorii, berlińskim Neukölln.
Polacy mogą się chyba tylko cieszyć, że dla wścibskich Jugendamtów nasz mocny rys narodowy jest ledwie dostrzegalny. Po prostu ginie w wieloetnicznym karambolu, z którym urząd ma na co dzień do czynienia. W praktyce nawet nie mówi się o polskich imigrantach, mimo, że w Berlinie mieszka ich nieoficjalnie 150 tysięcy, a prawdopodobnie więcej. Według niemieckich urzędników Polacy są świetnie zintegrowani, jak, powiedzmy, Anglicy, Francuzi i Belgowie. -Najbardziej chyba katastrofalną konstelacją dwunarodową, z jaką miałem do czynienia, była matka Turczynka i ojciec z Czarnej Afryki – Hampe-Grosser szuka właściwego odniesienia. Osobiście nigdy nie spotkał się z przypadkiem, żeby w rozmowie nadzorowanej z dzieckiem zakazano używania języka polskiego. -Nam chodzi o to, żeby stworzyć atmosferę współpracy, a do tego potrzebny jest wspólny język – dziwi się. -Jeśli to konieczne, przywołujemy tłumacza. W przypadku polskiego rodzica z Hamburga popełniono duży fachowy błąd, przyznaje.
Z powodu tych fatalnych błędów Polacy w Niemczech boją się niemieckich instytucji. Zamiast tego pielgrzymują do ambasady, ministerstw w Warszawie, Brukseli i Strasburga. - Obywatel polski ma prawo oczekiwać pomocy – potwierdza Bartłomiej Rosik z polskiej Ambasady w Berlinie. Ale żeby sprostać wszystkim oczekiwaniom, konsulat musiałby być monstrualny.- Ludzie być może zapominają, że w sprawach rozwodowych decydują niezawisłe sądy, nie tylko Jugendamty. Konsul nie może być gwarantem ich wyniku – tłumaczy. I uspokaja: Niemcy są krajem demokratycznym, który sprawnie funkcjonuje, a Berlin to wielokulturowe, otwarte miasto. W strukturach niemieckich działa wielu Polaków, również jako specjaliści oddelegowani do zajmowania się sprawami innych Polaków.
Gdyby nie odium wiszące nad Jugendamtami Polacy po lewej stronie Odry prawdopodobnie częściej korzystaliby z przysługującej im pomocy, wierzy Danuta Stokowski z AIEH, Towarzystwa Ambulatoryjnej Pomocy Wychowawczej w Berlinie. -Z naszych wieloletnich doświadczeń wynika, że polscy rodzice, często kierowani wstydem lub obawą, że odebrane zostaną im prawa rodzicielskie, niechętnie zwracają się z prośbą o pomoc. Nie chcą, żeby jakaś instytucja miała wgląd w ich prywatne sprawy. Wielu obawia się, że przy okazaniu jakiejkolwiek słabości (a za słabość paradoksalnie uważają przyjęcie pomocy) dziecko narażone jest na umieszczenie w niemieckiej rodzinie. - Trudno z tym przesądem walczyć –ubolewa.
Takich organizacji pozarządowych jak AIEH, odciążających Jugendamty w bezpośrednich kontaktach z kulturowo odmiennymi klientami, jest w Berlinie więcej. Ich wizytówką jest wielokulturowość i imigranckie korzenie. Dzięki nim zły „policjant od dzieci” ma znajomą twarz. Jeśli rodzice nie mówią po niemiecku, mają prawo wybrać instytucję lub osobę, z którą będą się czuli komfortowo. W każdej chwili mogą też z niej zrezygnować.
Wanda chciała Niemca
Liczba dwunarodowych małżeństw rośnie na całym świecie, w Europie zwłaszcza, a polsko-niemieckich szczególnie dynamicznie. Rocznie zawieranych jest około150 tys. tych ostatnich, głównie Polek z Niemcami. Trend ten może cieszyć, jako sygnał zacieśniania dwustronnych stosunków, ale niestety proporcjonalnie rośnie też liczba rozwodów. Sprawy nabierają niebezpiecznego wymiaru, kiedy konflikt kończy się uprowadzeniem dziecka przez jedno z małżonków. W 2008 r. nielegalnie wywieziono z Niemiec 40 dzieci, dwa razy więcej niż w 2004. Do Polski rocznie trafia około 70-80 spraw dotyczących uprowadzenia dzieci za granicę. Według danych Ministerstwa Sprawiedliwości z 2009 r., ich sprawczyniami są najczęściej Polki, które związały się z obywatelami innych państw, po czym postanowiły wrócić z dziećmi do kraju.
-Sądy mają ciężki orzech do zgryzienia – przyznaje Sabine Brieger, sędzia w sprawach rodzinnych w sądzie grodzkim Pankow-Weissensee w Berlinie. -Z punktu widzenia dobra dziecka nie wiadomo, co jest lepsze: żeby zostało w kraju matki, do którego je nielegalnie wywieziono, czy zgodnie z prawem wróciło do ojca do Niemiec, gdzie jest jego stałe miejsce pobytu. Sąd jest jednak od tego, żeby działać na podstawie prawa. A konwencja haska mówi, że ten kraj, z którym dziecko było najbardziej związane, najlepiej podejmie decyzję w jego sprawie. -Po to posługujemy się konwencją, żeby nie dochodziło do samosądów – podkreśla.
Trudno to jednak przetłumaczyć ludziom, którzy akurat z hukiem się rozwodzą. W walce o dzieci sięgają nawet po broń narodową.
Rodzinny bastion
Na konferencji zorganizowanej w kwietniu przez Akademię Społeczną Gorss Pinnow polscy i niemieccy eksperci od spraw rodzinnych po raz pierwszy próbowali zrozumieć skąd się wziął ten rodzinny ambaras, w który zostały wciągnięte oba kraje. Niemcom otworzyły się oczy na różnice polsko-niemieckie. A Polacy pozazdrościli sąsiadom złego policjanta.
Szokiem dla niektórych może być wiadomość, że w Niemczech konflikt rodzinny rozgrywa się w trójkącie. Biorą w nim udział na równych prawach rodzice, dziecko i państwo. W przypadku rozwodu Jugendamt wkracza automatycznie i nie pyta o pozwolenie. Poucza dorosłych o prawach rodzicielskich i spisuje sprawozdanie dla sądu. Tak, państwo niemieckie ma dużo więcej do powiedzenia w sprawach dzieci i młodzieży, przyznają Niemcy. Nieletni nie jest tylko przedmiotem decyzji rodziców, ale także podopiecznym opiekuńczego państwa.
Niemcy mają więc problem ze zrozumieniem, że polska rodzina, nawet dysfunkcjonalna, jest silniejsza od potomka i państwa razem wziętych. Polskie dziecko zaliczane jest do stadła i niepytane o zdanie we własnej sprawie, a wtrącanie się urzędników w jego wychowanie przewidziano właściwie tylko dla zdemoralizowanych nieletnich. Żaden szanujący się rodzic nie zwróci się do ośrodka pomocy społecznej, którego klientelą jest „margines”. Wstrząsający dla Niemców jest zwłaszcza fakt, że według niektórych szacunków aż 60 proc. adoptowanych u nas dzieci zostało przekazanych spokrewnionym rodzinom zastępczym, babkom i ciotkom, które biorą za to pieniądze, ale nie chronią krewniaków przed wpływem nieodpowiedzialnych rodziców biologicznych.
Wolnoć Tomku w swoim domku, można na to odpowiedzieć. Z tym, że zamykanie się w rodzinnym bastionie na obczyźnie ma przykre skutki uboczne. Grozi postawami męczeńsko-prześladowczymi, twierdzą psycholodzy, a te nie tylko utrudniają integrację, ale w dodatku unieszczęśliwiają. W takiej atmosferze nie sposób wychować dziecka, które będzie miało adekwatną samoocenę, czuło się akceptowane, umiało wykorzystać swoją kreatywność, znaleźć przyjaciół – słowem, dziecka szczęśliwego, ostrzega Danuta Stokowski.
Eksperci od rodzin zgadzają się, że naprawę polsko-niemieckich stosunków trzeba zacząć od abecadła. Wydać dwujęzyczne poradniki o podstawowych kwestiach dotyczących polskich dzieci w Niemczech. Poinformować polskich rodziców na emigracji o ich prawach, różnicach w systemach prawnych i dostępnej pomocy. Stworzyć listę polsko-niemieckich mediatorów. -Życzyłbym sobie, aby wykazano więcej wyczucia w sytuacjach, kiedy musi zostać podjęta decyzja na niekorzyść polskiego rodzica - apeluje do Niemców Bartłomiej Rosik. - Trzeba włączyć ich w decyzje, zwłaszcza tych niemówiących po niemiecku.
Stróż z latarnią
Miesiąc temu Jugendamt zaproponował Magdzie sposób na zdobycie wymarzonego zawodu. Nie potrzebna jej będzie do tego matura. W internacie, daleko od cywilizacji i wszystkich jej zgubnych wpływów, z końmi i pod pedagogiczną opieką, niemiecki urząd zafundował dziewczynie trzyletnie wykształcenie opiekunki dla zwierząt. Do tego utrzymanie plus ferie, raz nawet pobyt z delfinami na Malcie. W zamian Magda ma pracować przy koniach i przestrzegać reguł. Dobrze wie, że to pewnie jej ostatnia szansa.
A może i Polakom przydałby się Jugendamt, proponuje Stokowski? Taki supertata, któremu nastolatek może się poskarżyć, kiedy ma już dość toksycznych rodziców? Doradca, do którego może zwrócić się rozwodząca się kobieta, zanim desperacko wywiezie dziecko? Rozjemca, traktujący prawa niedorosłych na równi z prawami dorosłych? Nie policjant, ale powiedzmy… stróż z latarnią?